jonak.info

Wywiad z Jackiem Dukajem

W “Kulturze Liberalnej” mój wywiad z Jackiem Dukajem:

“Patrząc w przód dalej niż na jeden ruch”

i tekst o różnych posthumanizmach

“Science fiction i ten drugi posthumanizm”

Amerykańskie seriale, filozofia umysłu i posthumanizm

Trochę opadła mi szczęka, kiedy to obejrzałem. Amerykańska mainstreamowa TV pokazuje dyskusję o qualiach? Ale po kolei: serial nazywał się Century City (2004), opowiadał o perypetiach prawników w roku 2030 i nietypowych sprawach, które prowadzą. Czas życia – 9 odcinków.

2030 to z punktu fantastyki ledwie “dwadzieścia minut w przyszłość”: trochę się zmieniło (Oprah jest prezydentem, wirtualne spotkania odbywają się dzięki holograficznym projekcjom), ale właściwie świat na pierwszy rzut oka wydaje się taki sam jak nasz – nie ma latających samochodów, ludzie ubierają się właściwie jak 20 lat wcześniej. Jednak kancelaria, zbiorowy bohater serialu, przyjmuje sprawy, które odbiegają (czasem niepokojąco) od tego, do czego przywykliśmy.

“Century City” był unikalnym serialem, bo na poważnie mocował się z problemami które pojawią się, jeśli jeszcze krok dalej pójdą wiedza i technologie pozwalające ingerować w to co czasem nazywamy “naturą ludzką”. Te technologie będą zmieniać społeczeństwa, a nie ma lepszej sceny, żeby obserwować urabianie się norm społecznych niż sala sądowa w sytuacji, gdy gdy każda sprawa ma charakter precedensu. Czy gwałtem jest, kiedy ktoś podłącza się do sensorium jednego z kochanków bez wiedzy tego drugiego? Czy sportowiec ze skomputeryzowaną protezą oka jest wciąż niepełnosprawny? Czy (i jak) można skopiować czyjąś osobowość i czy podpada to pod zapisy prawa autorskiego?

Niestety scenarzyści nie pozwalają sobie na wyciąganie zbyt daleko idących konsekwencji z początkowych dylematów, rozbrajają miny, które stanowią zagrożenie dla swojskiego, progresywno-konserwatywnego widzenia świata.

Oto przykład (i spoiler). Neurocybernetyk, Spencer Marcus, umiera, pozostawiając po sobie komputerowy konstrukt swojej osobowości – na tyle dokładny, że jego żona rozmawia z awatarem, jak ze swoim mężem. Firma Marcusa chce przejąć awatar jako działo swojego pracownika. Żona wynajmuje prawników, by do tego nie dopuścić. Prawnicy argumentują przed sądem, że konstrukt to świadoma osoba i jako taka nie może być niczyją własnością. I tutaj fragment, który tak mnie uradował – rozprawiając o statusie komputerowego Spencera prawnicy i świadkowie odwołują się do hardkoru filozofii umysłu. Świadome umysły posiadają “qualia”, subiektywne wrażenia zmysłowe: wrażenie “czerwoności”, “smaku magdalenki” itp. Bez qualiów nie ma świadomości. Komputery mogą zmierzyć długość fali czerwonego światła, ale nie są “świadome” “czerwoności”. To stanowisko świadka obrony (w prawdziwym świecie np. Davida Chalmersa). Adwokatka żony stara się pokazać (za Danielem Dennettem), że używanie tego terminu nie prowadzi raczej do zbyt odkrywczych wniosków.

[Swoją drogą dlaczego w sporach akademickich nie można powiedzieć “sprzeciw, mój rozmówca wciąga mnie w dyskusje” (“objection, argumentative”)?]

Sala sądowa jest świadkiem jeszcze kilku podobnych debat, ale w końcu nasza prawniczka wygrywa sprawę. Awatar trafia w ręce żony. I co? Żyli długo i szczęśliwie? Jak to ma w ogóle wyglądać? Na szczęście scenarzyści miłosiernie oszczędzają nam tego dysonansu:

Co się właściwie stało? Co żona powiedziała mężowi/awatarowi? Co maluje się na twarzy prawniczki? Czemu Spencer jest taki pokorny i wyrozumiały (wcześniej, zeznając przed sądem, był bardziej wylewny). Znaczy – facet wyraźnie nie ma jaj, nie wiem, może w następnym odcinku powinien wystąpić o rozwód (wcześniej o anulowanie aktu zgonu) i prawo do opieki nad adoptowanym dzieckiem?

Ja wiem, że to tylko serial, produkcja komercyjna, która raczej nie powinna stawiać swojego widza w niezręcznej sytuacji poznawczej. Jednak żałuję nie do końca spełnionych obietnic. Zapowiadała się ostra jazdę po fajnych pomysłach, ale na koniec odcinków zwykle dostawaliśmy konwencjonalną, bezpieczną pointę “ku pokrzepieniu serc”. Choć z drugiej strony – powstało tylko 9 odcinków, może twórcy serii okazali się zbyt mało asekuranccy.

Julian Assange: rozmontować globalną konspirację

Charlie Stross wykopał datowane na 2006 r. krótkie eseje Juliana Assange’a, które rzucają światło na motywy działania Wikileaks. Uwagi i spojlery:

  • Assange’owi nie chodzi (nie przede wszystkim) o ujawnianie konkretnych nadużyć czy zbrodni. Podważenie zaufania do USA jako gracza na arenie międzynarodowej, kompromitacja rutynowych kanałów komunikacyjnych, nie jest skutkiem ubocznym akcji demaskatorskiej – stanowi główną misję portalu. Wikileaks to nie whistleblowerska witryna, tylko operacja mająca na celu jeśli nie zniszczenie, to maksymalne osłabienie niewidzialnego, konspiracyjnego, autorytarnego rządu poprzez pozbawienie go możliwości działania jako spójnego systemu.
  • To co najciekawsze: w opisie autorytarnej konspiracji i sposobów jej rozmontowania Assange posługuje się teorią sieci społecznych (którą rozumie, bo jest informatykiem) oraz innymi ekscytującymi intelektualnymi zabawkami: teorią systemów, kognitywistyką. Cytat dnia: What does a conspiracy compute? It computes the next action of the conspiracy. Z tekstu wynika, że najlepszym sposobem na walkę ze spiskiem jest osłabienie zaufania do różnych kanałów komunikacyjnych do tego stopnia, że spiskowcy obawiają się ich używać. Niepisane motto wikileaks, “no more secrets”, ma paradoksalnie prowokować system do zwiększenia rygoru tajemnicy. Spowoduje to zakłócenie komunikacji między pasożytującymi na nim konspiratorami i w konsekwencji rozpad ich sieci, która przestanie funkcjonować jak, excuse my French, autopojetyczny, samopodtrzymujący się system.
  • Steven Johnson w książce, o której wspominałem w poprzedniej notce, opisuje sytuację sprzed 9/11, kiedy brak komunikacji między różnymi instytucjami uniemożliwił zintegrowanie wiedzy o nadchodzącym zagrożeniu. Komentatorzy z kolei pokreślają, że to, co umożliwiło przecieki do Wikileaks, czyli dostęp 3 mln Amerykanów do  mniej lub bardziej tajnych informacji, to konsekwencja usprawnienia, scalenia systemu obiegu informacji, aby w przyszłości łatwiej było przewidywać ataki terrorystyczne.
  • Biorąc to wszystko pod uwagę trudno już teraz oceniać działania Assange’a inaczej jak tylko używając skrajności. Jeśli, jak chce tego międzynarodowa społeczność dyplomacji i wywiadu, poufne kanały i praktyki komunikacji są niezbędne do sprawnego funkcjonowania współczesnego świata, między innymi pozwalają na wczesane ostrzeganie przed zagrożeniami terrorystycznymi, to Assange próbując zablokować te kanały stawia się na równi z terrorystami. Jeśli jednak, rzeczywiście istnieje układ, szara sieć globalnej konspiracji, której zniszczenie nie tylko jest aktem wyzwoleńczym dla społeczności Zachodu, ale ale także oznacza wyeliminowanie (jak chce tego np. Chomsky) pierwotnego źródła fundamentalistycznego terroryzmu, wtedy Assange staje się dobroczyńcą ludzkości.

Kopalnia tajemnic Google Books

Zawsze mnie cieszy, kiedy naukowcy społeczni wprowadzają w życie pomysły, które wcześniej zostały wygenerowane przez autorów SF. Najnowsza, opublikowana właśnie w Science (i komentowana tu, tu, tu i tu) analiza treści 3 milionów książek zgromadzonych w bazach Google Books, odsyła bezpośrednio do wydanej w 2006 roku Rainbow’s End Vernora Vingea (tego Vinge’a od “osobliwości technologicznej”).

Zanim do meritum – trzeba Vinge’owi przyznać, że jest bardziej radykalny niż Google. Czy można jakoś przyspieszyć proces skanowania książek? Google skanuje odwracając i fotografując kartki jedna po drugiej. Trwa to dramatycznie długo. Vinge ma inny pomysł: pozbawmy książkę okładek, wrzućmy ją do rozdrabniarki, a produkt jej działania, czyli strumień malutkich skrawków zadrukowanego papieru,  przedmuchajmy przez tunel wyłożony od wewnątrz tysiącem małych kamer video podłączonych do mocnego komputera. Wirujące skrawki papieru zostaną wielokrotnie sfotografowane i zdigitalizowane, a odpowiednie algorytmy złożą z nich cyfrowe odpowiedniki stron, dopasowując do siebie w pamięci komputera  krawędzie poszatkowanych “płatków”. Fabuła Rainbows End obraca się wokół planów przetworzenia całej zawartości biblioteki UCSD na cyfrową mielonkę.

Tę (według niektórych bohaterów książki) zbrodnię chce popełnić konsorcjum Huertas, rywal Google (które wciąż skanuje strona po stronie). Dodatkowym bonusem, który zdołało sobie wywalczyć Huertas, jest 6-miesięczna wyłączność na wykorzystanie zeskanowanej zawartości. Okazuje się, że wiąże się to z całkiem wymiernymi korzyściami:

So, (…) the Huertas collection will contain almost all human knowledge up to about twenty years ago. All correlated and connected. It’s the reason Huertas is paying the State of California to let him commit this atrocity. Even the first rough compilation could be a gold-mine. From the project start six weeks ago, Huertas International has a six-month monopoly on the Librareome they’re creating. That’s six months with sole access to real insight on the past. There are dozens of questions that such a resource might resolve: who really ended the Intifada? who is behind the London art forgeries? where was the oil money really going in the latter part of the last century? Some answers will only interest obscure historical societies. But some will mean big bucks. And Huertas will have exclusive rights to this oracle for six months.

Ucieszną rzeczą jest nazwa projektu – u Vinge’a “Librareome”, w analizie treści książek zeskanowanych przez Google – “Culturomics” – oba terminy odwołujące się do neoewolucjonizmu (genome – genomics/genetics). Tak, tak, humanistykę robią teraz ludzie z uniwersytetów medycznych, wydziałów biologii i bioinformatyki.

Analiza książek Google sprowadza się w tej chwili do badania (i porównywania) zmian częstości występowania słów i fraz. Z jednej strony to wystarczająco mało, by prowokować sarkastyczne “so what?” wśród sceptyków, z drugiej strony facebookowe ściany zaczynają roić się odnośnikami do wykresów słów, które są z tych czy innych powodów istotne dla użytkowników FB – pokusa żeby sprawdzić to i owo jest zbyt wielka (przy okazji – najnowszą dostępną datą jest rok 2008 a nie defaultowy 2000!).

Ale analiza opublikowana w Science to dopiero początek. Vinge sugeruje w którą stronę pójdzie to dalej. Jeśli do częstości słów dodamy kontekst: metadane o autorach, wydawnictwach, gatunkach książek i miejscach wydania, to wachlarz wniosków do wyciągnięcia dramatycznie się poszerzy. Jednak najważniejszą rzeczą będzie – o czym pisze Vinge – wnioskowanie o relacjach pomiędzy słowami, faktami, postaciami. Odkrywanie nowej wiedzy na podstawie tego, co już zostało zapisane. To nie jest SF, ta technologia już istnieje. Steven Johnson, autor popularnonaukowy, napisał swoją najnowszą książkę Where Good Ideas Come From pomagając sobie tą technologią (przy okazji częściowo odpowiadając na tytułowe pytanie). Mam na myśli macowy program DEVONthink, który jest bazą danych tekstów potrafiącą sugerować użytkownikowi powiązania pomiędzy zgromadzonymi w niej ideami. Tak więc algorytmy nie są problemem, kwestią do rozwiązania jest pewnie moc obliczeniowa potrzebna do analizy ogromnego korpusu tekstów Google. Ale nie zdziwię się, jeśli za jakiś czas kolejne raporty przyniosą rewelacje dotyczące znanych postaci historycznych, wydarzeń czy państw. I wcale też nie będę zdziwiony, jeśli okaże się, że któryś z trzynastu autorów artykułu w Science czytał kiedyś Vinge’a.