Amerykańskie seriale, filozofia umysłu i posthumanizm

by admin

Trochę opadła mi szczęka, kiedy to obejrzałem. Amerykańska mainstreamowa TV pokazuje dyskusję o qualiach? Ale po kolei: serial nazywał się Century City (2004), opowiadał o perypetiach prawników w roku 2030 i nietypowych sprawach, które prowadzą. Czas życia – 9 odcinków.

2030 to z punktu fantastyki ledwie “dwadzieścia minut w przyszłość”: trochę się zmieniło (Oprah jest prezydentem, wirtualne spotkania odbywają się dzięki holograficznym projekcjom), ale właściwie świat na pierwszy rzut oka wydaje się taki sam jak nasz – nie ma latających samochodów, ludzie ubierają się właściwie jak 20 lat wcześniej. Jednak kancelaria, zbiorowy bohater serialu, przyjmuje sprawy, które odbiegają (czasem niepokojąco) od tego, do czego przywykliśmy.

“Century City” był unikalnym serialem, bo na poważnie mocował się z problemami które pojawią się, jeśli jeszcze krok dalej pójdą wiedza i technologie pozwalające ingerować w to co czasem nazywamy “naturą ludzką”. Te technologie będą zmieniać społeczeństwa, a nie ma lepszej sceny, żeby obserwować urabianie się norm społecznych niż sala sądowa w sytuacji, gdy gdy każda sprawa ma charakter precedensu. Czy gwałtem jest, kiedy ktoś podłącza się do sensorium jednego z kochanków bez wiedzy tego drugiego? Czy sportowiec ze skomputeryzowaną protezą oka jest wciąż niepełnosprawny? Czy (i jak) można skopiować czyjąś osobowość i czy podpada to pod zapisy prawa autorskiego?

Niestety scenarzyści nie pozwalają sobie na wyciąganie zbyt daleko idących konsekwencji z początkowych dylematów, rozbrajają miny, które stanowią zagrożenie dla swojskiego, progresywno-konserwatywnego widzenia świata.

Oto przykład (i spoiler). Neurocybernetyk, Spencer Marcus, umiera, pozostawiając po sobie komputerowy konstrukt swojej osobowości – na tyle dokładny, że jego żona rozmawia z awatarem, jak ze swoim mężem. Firma Marcusa chce przejąć awatar jako działo swojego pracownika. Żona wynajmuje prawników, by do tego nie dopuścić. Prawnicy argumentują przed sądem, że konstrukt to świadoma osoba i jako taka nie może być niczyją własnością. I tutaj fragment, który tak mnie uradował – rozprawiając o statusie komputerowego Spencera prawnicy i świadkowie odwołują się do hardkoru filozofii umysłu. Świadome umysły posiadają “qualia”, subiektywne wrażenia zmysłowe: wrażenie “czerwoności”, “smaku magdalenki” itp. Bez qualiów nie ma świadomości. Komputery mogą zmierzyć długość fali czerwonego światła, ale nie są “świadome” “czerwoności”. To stanowisko świadka obrony (w prawdziwym świecie np. Davida Chalmersa). Adwokatka żony stara się pokazać (za Danielem Dennettem), że używanie tego terminu nie prowadzi raczej do zbyt odkrywczych wniosków.

[Swoją drogą dlaczego w sporach akademickich nie można powiedzieć “sprzeciw, mój rozmówca wciąga mnie w dyskusje” (“objection, argumentative”)?]

Sala sądowa jest świadkiem jeszcze kilku podobnych debat, ale w końcu nasza prawniczka wygrywa sprawę. Awatar trafia w ręce żony. I co? Żyli długo i szczęśliwie? Jak to ma w ogóle wyglądać? Na szczęście scenarzyści miłosiernie oszczędzają nam tego dysonansu:

Co się właściwie stało? Co żona powiedziała mężowi/awatarowi? Co maluje się na twarzy prawniczki? Czemu Spencer jest taki pokorny i wyrozumiały (wcześniej, zeznając przed sądem, był bardziej wylewny). Znaczy – facet wyraźnie nie ma jaj, nie wiem, może w następnym odcinku powinien wystąpić o rozwód (wcześniej o anulowanie aktu zgonu) i prawo do opieki nad adoptowanym dzieckiem?

Ja wiem, że to tylko serial, produkcja komercyjna, która raczej nie powinna stawiać swojego widza w niezręcznej sytuacji poznawczej. Jednak żałuję nie do końca spełnionych obietnic. Zapowiadała się ostra jazdę po fajnych pomysłach, ale na koniec odcinków zwykle dostawaliśmy konwencjonalną, bezpieczną pointę “ku pokrzepieniu serc”. Choć z drugiej strony – powstało tylko 9 odcinków, może twórcy serii okazali się zbyt mało asekuranccy.